2011-04-14 pan K.
     Pan Kuziołko ma oczy błękitne jak pies husky albo kawka. Musi być pogodnym człowiekiem, bo patrząc na świat takimi oczami nie da się przecież być kimś smutnym lub złym.
     Błękitne oczy pana Kuziołki uważnie zlustrowały ugór, który miał stać się moim ogródkiem. Glebogryzarka na trzy razy, czterdzieści ton humusu, plantowanie, wałowanie, piętnaście kilko nasion trawy, wzdłuż ogrodzenia thuja brabant – ocenił fachowo. A potem opowiedział mi, że ogrodnictwo to jego hobby, bo tak naprawdę angażuje się w swoją firmę transportową.
     Mijaliśmy się potem kilkakrotnie. Zawsze koło furgonetki, którą przywoził cały ten kram potrzebny do stworzenia ogródka.
      A potem mi się przyśnił...
     Byłam w hotelu. Urządzonym niezwykle gustownie i elegancko. W lekko ciemnawym za sprawą ciężkich kotar holu, na stoliczkach o giętych nogach stały kwiaty ułożone w piękne kompozycje. Zapach, który dawały był duszny i ciężki. Patrzyłam na nie z podziwem.
     W pewnym momencie w holu pojawiła się starsza pani. Wyglądała jakby właśnie wróciła z herbatki u brytyjskiej królowej. Kapelusz, rękawiczki, lorgon. Widząc, że przyglądam się bukietom podeszła i stanęła obok mnie. Piękne, powiedziałam. O tak, zgodziła się, to mój syn je układa. Rośliny to jedna z jego pasji, bo w rzeczywistości zajmuje się czymś innym, ciągnęła. Ma firmę transportową.
     Wiedziałam już o kim rozmawiamy... 
    Jakie są jego pozostałe pasje, spytałam więc ciekawie. Ooo, proszę pani, westchnęła arystokratka, on pisze powieści. I wie pani, wszystkie one pisane są na odwrocie starych, tekturowych biletów kolejowych...

Chciałam mu opowiedzieć ten sen. Ale pomyślałam, że uzna mnie za wariatkę. Że popatrzy na mnie tymi swoimi błękitnymi oczami i ze strachu przede mną zmienią one barwę.
2011-04-12 pogorzelisko
     Jesienią i wiosną ludzie wypalają trawy. Płomień wędruje po zeschniętych roślinach niszcząc wszystko. Źdźbła są zetlałe tak, że pozostają po nich zaledwie czarne, kruche niteczki. Wszędzie tylko goła ziemia, wyżarta do cna przez ogień.
     Mój pierwszy pożar zdarzył się jesienią. Drugi, przyszedł teraz, wiosną. Mam wrażenie, że w środku mnie nie zostało już nic ludzkiego. Może jakieś nędzne niteczki człowieczeństwa...
     Jak się żyje będąc wypalonym od środka?
     Zadziwiająco dobrze. Wypalenie ma bowiem swoje pozytywne strony. Znika empatia, moralność, cały ten kodeks zasad, które wpaja się nam od maleńkości. Nie ma nic. Nic nie uwiera, nie przeszkadza, nie dokucza. Czarno i pusto...
     Siostra mówi mi, jak możesz...? Mogę! Mogę wszystko i nie czuję żadnych wyrzutów sumienia. Niech się martwią ci, którym nie wypaliło bebechów.
     Jedyne czego trzeba się wystrzegać, to wizyt u lekarzy. Heheheh. Okulista, dentysta, laryngolog, ginekolog i proktolog. Oni mogą zajrzeć przez różne otworki do środka człowieka i zobaczyć, że ta z pozoru normalna istota ludzka w rzeczywistości jest wydmuszką. Wobec tego – żadnych wizyt lekarskich, a poza tym – hulaj dusza, piekła nie ma!

 
2011-04-05 rok nie wyrok (-;
Minął prawie rok...
Cóż za banał...

Powróżę ci, powiedziała mi dziś Cyganka. Nie chciałam. Ona też nie chciała. Mnie słuchać. Powiedziała mi raptem trzy zdania, a ja cały czas myślę o jej słowach.

Jak to wszystko pozbierać, ogarnąć, zrozumieć? Ten miniony rok i te dziwne wróżby...
2010-04-10 10.IV.2010
Zastanawiam się...
Myślę, czy którekolwiek z nich miało złe przeczucia. Czy czuło ten koszmarny szept, gdzieś z tyłu głowy; “dziś stanie się coś złego”. Czy uspokoiło go stwierdzeniem; “to dziecinada, przesądy, głupstwa. Jestem dorosły, nie wierzę w takie bzdury”.

Zastanawiam się czy denerwowali się przed lotem, powtarzając sobie; “nie cierpię samolotów!”. Czy stali obojętni, rutyniarscy w swych tysięcznych podróżach.

Czy idąc do samolotu, a potem – wchodząc na trap mocniej otulali się kołnierzami i połami płaszczy w wiosenny, bardzo chłodny i dżdżysty poranek.

Myślę o tym, czy wychodząc rano ucałowali swoich bliskich, czy odeszli skłóceni, obrażeni, podenerwowani wczorajszym późnym szykowaniem się i koniecznością wczesnej pobudki. Czy zostawili po sobie brudny talerz po szybkim śniadaniu i niedopitą filiżankę kawy. A może nie jedli rano uznając, że dostaną coś na pokładzie samolotu.

Czy w piątek byli u fryzjera uznając, że chcą dobrze wyglądać, bo to ważne. Skąd mogli wiedzieć, że to czułe przesypywanie włosów między fryzjerskimi palcami będzie ostatnią czułością, której doświadczą.

Czy w czasie gdy to się działo mieli świadomość, że coś jest nie tak. Czy wiedzieli, że samolot po raz kolejny podchodzi do lądowania. Czy odczuli ten przechył jako coś nieprzyjemnego, jakiś dyskomfort. Czy w tej krótkiej chwil, w której wiadomo już było, że wszystko stracone, krzyczeli. Co krzyczeli. Czy wzywali Boga, czy poprzestali na zwykłym: “kurwaaaaaaaaaaaa”. Co zrobiła Maria Kaczyńska, czy wtuliła się w ramię męża, czy ścisnęła go mocniej za rękę. Ja w samolocie zawsze to robię, gdy sie boję.

Co teraz czuje mama pilota, który kierował maszyną? Pewnie prócz wielkiej rozpaczy pewność, że to nie była jego wina. Czy usłyszy kiedyś, tam gdzie mieszka, gdzie wszystkim mówiła jak dumna jest z syna, pilota rządowego, słowa złe, raniące; “gdyby nie twój syn...!”.

Jak to jest, obudzić się rano i dowiedzieć się, że skończył się świat, że naraz, w jednej chwili traci się ojca i matkę.

To co się wydarzyło jest dla mnie nie do ogarnięcia, nie do zrozumienia, nie do objęcia umysłem. Zastanawiam się jak ten jeden krąg, który powstał na skutek wypadku rozchodzi się na miliony kręgów.

Na codzień żyję zupełnie bez telewizora. Radia słucham jadąc do pracy samochodem. Czasem udaje mi się załapać na jakieś wiadomości. Od dawna usiłuję być od tego z daleka. Teraz staram się opanować tę głupią ciekawość, która pcha mnie do mediów. Wiem co się stało. Wiem, że pełne dane będą dopiero po odczytach z czarnych skrzynek. Po co w tym brodzić? Po co zapełniać tydzień zbolałymi spojrzeniami redaktorów, komentarzami i opiniami “ekspertów od wszystkiego”? Nie chcę być tym bombardowana.
2010-03-27 nie z saragossy
Robiąc porządki znalazłam brązową, papierową teczkę. Odwiązałam sznureczki i ze środka wyjrzały do mnie kartki pokryte dużymi, okrągłymi literami, które nazywałyśmy “wołkami”. Listy od Magdy.

Z Magdą chodziłam do pierwszej klasy łódzkiego ogólniaka. Drugą, i następne kończyłam już w L., po przeprowadzce. Czyśmy się z Magdą w tej pierwszej klasie jakoś specjalnie znały, lubiły? Nie wiem, nie pamiętam. Lubiłyśmy się, to fakt, ale tak jakoś z dystansem chyba. Nie spędzałyśmy wspólnie wolnego czasu, nie siedziałyśmy razem na lekcjach. Byłyśmy obok siebie, tak przy okazji.
Potem ja wyjechałam. I po tym moim wyjeździe coś się zmieniło. Bo oto nagle, nawet nie pamiętam jak do tego doszło, zaczęłyśmy do siebie pisać listy. Dużo, po dwa, trzy tygodniowo.

Choć na pierwszy rzut oka wydawałyśmy się być krańcowo różne, listy sprawiły, że zrozumiałyśmy jak bardzo jesteśmy do siebie podobne. Obu nam trudno było mówić o rzeczach ważnych wprost. Wolałyśmy pisać. Nigdy nie używałyśmy w tych listach słowa przyjaźń, bliskość, oddanie. Ale chociaż one nie padały – dziś wychodzą z każdego zdania.

Czego w tych listach nie ma... są opisy snów, plotki, głupotki, skargi na okrutny dla piętnastolatek świat, są krótkie opowiadania, historyjki, są zachwyty nad książkami, które czytałyśmy, są wreszcie zaskakujące dojrzałością sądy nad różnymi kwestiami. Są plany na przyszłość i na najbliższe dni, pytania, kiedy się znów zobaczymy (a dzieliło nas 300 km). Są wreszcie budzące śmiech słowa-klucze, które nie wiadomo skąd dokładnie się wzięły. Z jakichś zapomnianych sytuacji, zdarzeń. Część z nich pamiętam jeszcze, o części dawno zapomniałam... Bo co znaczyło “biiidnaaa dzidkaaaa”, która przewija się w listach, czy “sa-sa-sa” albo wtrącany bez sensu “muflon” i “krowa, co weszła w szkodę”?

Siedzę tak od wczoraj, niby sama, ale jakby z Magdą. Przypominam sobie jej rude, lekko kręcone, niezwykle gęste włosy, piegi, którymi pokryta była cała jej twarz, wąskie usta, przymrużone oczy, druciane oprawki okularów, nieśmiertelny brązowy sweter i tysiąc par sztruksowych spodni. Przypominam sobie wszystkie nasze pomysły, mądre i niemądre, których echa pobrzmiewają w tych odnalezionych przeze mnie zapiskach.
To niesamowite, wejść ponownie, po tylu latach w to wszystko...

Znalazłam też jeden ze swoich listów, niedokończony i nie wiem do kogo. Zadziwiająco dobrze opisywał stan naszych z Magdą relacji. List jest z 17 września 1998 roku; “razem z Magdą wyszłyśmy wieczorem na spacer. Doszłyśmy jedynie do pomostu, tam, gdzie cumowane są omegi. Ja się położyłam, ona siedziała i gadałyśmy sobie. Właściwie, to nie była żadna rozmowa. Co jakiś czas jedna z nas rzucała jakąś uwagę, a druga skwapliwie milczała. Nasze porozumiewanie się jest dość dziwne, ma swoje reguły i zasady. Jedną z nich jest to, że mówiąc o czymś naprawdę ważnym, trudno nam patrzeć na siebie i rozpraszać się tym, że może reagujemy nie tak, jak chciałyśmy. Zresztą, mówiąc o czymś istotnym, człowiek boi się i unika wzroku tej drugiej osoby. Dlatego obie patrzyłyśmy gdzieś w niebo i naprawdę rzadko, chyba bardziej dla upewnienia się, że nie mówimy do siebie samych, spoglądałyśmy na siebie...”.

Ten niewysłany list uświadomił mi, że przecież to nie było tak, że tylko Magda pisała. Przecież ona otrzymywała ode mnie odpowiedzi. Równie regularne i równie obszerne. Jest więc gdzieś i to, co ja pisałam. I poczułam, że do tego, by mieć pełnię obrazu o tamtych latach, ba, by w ogóle mieć obraz siebie z tamtych czasów, muszę dotrzeć do listów pisanych swoją ręką.

Magda mieszka teraz w Szkocji...


2010-03-23 znowuż o miełości
bo jest wiosna.
a wiosną, pani kochana, to uni ciongle ło tej miełości...

Wróż miał na imię Damian i był od niego dużo młodszy. To było bardzo krępujące. Poza tym był chyba gejem. Z przesadną afektacją rozkładał dłonie, podzwaniając przy tym breloczkami zawieszonymi u srebrnej bransoletki. - Daję panu pewną możliwość – mówił patrząc mu głęboko w oczy i wydobywając z siebie mlaśnięcie, jakie daje gwałtowne oderwanie języka od tylnej ściany zębów.

Na niewielkim stoliku rozłożone były karty. Wróż Damian coś tam przekładał, tasował, kreślił dłońmi jakieś kółka. Wróżył. On zastanawiał się, czy w ogóle zadawać to pytanie, czy się nie ośmieszy, czy nie narazi się na kpiące spojrzenie i bardziej natarczywe podzwanianie breloczków. Kiedy jednak wyczerpał temat swego zdrowia, kariery zawodowej, kręgu osób przychylnych mu i nieprzychylnych, zebrał się w sobie, przełknął głośno ślinę i powiedział możliwie najobojętniej: - a co z moim życiem uczuciowym?

Wróż poruszył się na krześle, tak, jakby nagle zrobiło mu się niewygodnie. Przetasował karty, kazał je przełożyć i rozdzielił na trzy stosiki. - Hmmm – mruknął dźwięcznie – ta kobieta to blondynka. Ma bardzo piękną twarz. Taką spokojną. Trochę smutną. Reszty jej ciała nie widać. Nie wiem czemu. W ogóle, jej też nie widać zbyt dobrze. W tym, co mówią karty jest coś dziwnego. Że ona nie da się uchwycić, dotknąć. Nie do końca to rozumiem... Ona pojawi się już wkrótce, w bardzo bliskiej przyszłości, w przeciągu kilku dni. Nie wiem... dobrze widać tylko jej oczy. Są szare.

Kiedy zapytał o szczegóły, wróż kluczył i migał się od odpowiedzi tłumacząc, że karty nie pokazują zbyt wiele. - Poznacie się w ciągu dnia, będzie jasno i wokół was będą ludzie. Ona, ona bardzo chce kochać – powiedział na koniec i zręcznym ruchem zebrał karty. Później wymownie spojrzał na zegar. Wizyta dobiegła końca.

Powtórzył to już sobie milion razy. Zastanawiał się gdzie i kiedy.
W ciągu dnia zachowywał się jak myśliwy. Na wszystkie spotykane kobiety patrzył badawczo, próbując odnieść istniejące sytuacje do słów wróża. W sklepach i biurach, na poczcie i stacji benzynowej, nawet w kolejce do bankomatu – szukał. Jadąc samochodem przyglądał się tym, które szły chodnikiem, które czekały na przystankach, które wysiadały z aut. Czasami miewał chwile zwątpienia. Sam sobie wydawał się głupi i śmieszny. Mimo to, szukał.
Stał właśnie w korku i zastanawiał się jak bardzo je przez ostatnie dni polubił. Nie denerwował się już upływającym bezsensownie czasem. Korek dawał mu bowiem szansę na spokojną obserwację otoczenia.
Samochody ruszyły, wszystkie, z wyjątkiem tego, który stał bezpośrednio przed nim. Sekundy upływały, a mała, zielona toyota ani myślała dokądkolwiek jechać. Uderzył lekko w klakson. Podziałało. Auto ruszyło i wkrótce znów stało w zwartym szyku niekończącej się kolejki. Pomyślał; - to pewnie baba, zajęta rozmyślaniem o niebieskich migdałach. Baby takie są. I żeby się przekonać czy ma rację, z ciekawości zerknął uważnie w odbicie twarzy, które majaczyło we wstecznym lusterku zielonej toyoty.

Ależ tak!

Nagle, bez jakiejkolwiek zapowiedzi autko skręciło w lewo, korzystając z luki jaka powstała w sznurze aut na przeciwległym pasie. On skręcić już nie mógł. Nie zdążył. Jedyne co przyszło mu do głowy, to zapamiętać numer rejestracyjny samochodu.

Tego wieczoru siedząc przy knajpianym stoliku fundował Jarkowi kolejkę za kolejką. Cóż, takie jest zbójeckie prawo tego, kto wie, wobec tego, kto chce się dowiedzieć. Jarek pracował w Policji i mógł mieć dostęp do centralnej ewidencji pojazdów. A więc, można było dowiedzieć się kto jest właścicielem zielonej toyoty. Zadanie nie należało do prostych, bo to co udało mu się dojrzeć i zapamiętać, było mocno okrojone.

- To leasing – koło południa usłyszał w słuchawce mocno jeszcze zachrypnięty wczorajszym brakiem umiaru głos Jarka. Później zapisał na karteczce dane firmy i zaraz wygooglał sobie jej adres i godziny pracy.
Kiedy nadeszła pora, o której bezwzględnie musiał wyjść, by zdążyć na czas, zawahał się. - Co ja jej właściwie powiem? - myślał. - Że byłem u wróża i on mi to przepowiedział... i że muszę sobie z nią ułożyć życie? Absurd!
Został więc w domu.

Następnego dnia był jednak pod jej firmą. Zielona toyota stała na ulicy, kilkadziesiąt metrów od budynku. Ludzie wychodzili grupkami. Roześmiane dziewczyny, nieroześmiane, wyluzowani faceci, spięci faceci, ci, którzy się spieszą i ci, którzy nie mają ochoty jeszcze pędzić do domu. I wreszcie ona. Ona. W chmurze blond loków, w błękitnym płaszczyku z mocno związanym w talii paskiem, w szarych kozakach na wysokim obcasie. Z jakimś beżowym szaliczkiem, aktówką i ... z ... jakimś... kolesiem u boku. Kolesiem, który właśnie władczo chwycił ten ciasno zawiązany pasek i...

Tego było już za wiele.

Odwrócił się więc i poszedł, klnąc w duchu na czym świat stoi.
Nie widział, że ona odtrąciła rękę, która zbliżyła się do jej talii, że gniewnie potrząsnęła głową, a potem ruszyła do swego samochodu. A koleś, koleś stał chwilę z ogłupiałą miną i odszedł wreszcie. W przeciwnym kierunku.
2010-02-28 senek`a
Stary, zdziczały sad ogrodzony był parkanem. Wysokim, z czerwonej cegły. Przy parkanie rosła rozłożysta czereśnia.
Opierałam się o gruby pień drzewa i jadłam owoce. Było ciepło, leniwie, przyjemnie.
Obok mnie, również opierając się plecami o czereśnię, stał jakiś mężczyzna. Był ubrany w jasnoniebieski sweter z brązowo-beżowymi rombami na przedzie. Kolor swetra był obrzydliwy. Rażący swoją intensywnością. Mężczyzna też jadł czereśnie, ale robił to wolniej ode mnie, tak – od niechcenia. Nie odzywaliśmy się do siebie. Nie czułam żadnego skrępowania. Ot, po prostu dwoje nieznajomych stoi i je czereśnie.

Nagle usłyszałam miarowe skrzypienie. Zobaczyłam, że na wysuniętej gałęzi drzewa zamocowana jest huśtawka. Bujał się na niej aktor, Przemysław Bluszcz. W pewnej chwili popatrzył na mnie i powiedział: “on jest w tobie zakochany”, a potem huśtał się dalej, jak gdyby nigdy nic.

Wtedy spojrzałam ukradkiem na tego mężczyznę. Zastanawiałam się jak to możliwe, że jest we mnie zakochany, skoro ja go nawet nie znam. Stałam jednak dalej i jadłam czereśnie.

Nagle przypomniało mi się, że już gdzieś widziałam ten sweter. W jakimś czasopiśmie. I doszło do mnie, że właściciel swetra był słynnym wiolonczelistą.

Hmmm..., a więc zakochał się we mnie wiolonczelista.

Cały ten sen trwał dokładnie 38 minut. Powstał w mojej głowie zaraz po tym jak wyłączyłam budzik i zamiast wstać, spałam dalej. Przez wiolonczelistę w niebieskim swetrze spóźniłam się w piątek do pracy.

Taki był kolor tego swetra.
A taki - rombów.
2010-02-13 na walentynki

“Ogniki świętego Elma”

Jest wieczór. Córka śpi, a mąż ogląda telewizję. Siedzę na mojej ulubionej, pluszowej kanapie. W kominku dogasa ogień. Drewno żarzy się pomarańczowo, pulsuje...

Myślę o nim. W nocy go wołam, po imieniu. Krzyczę bezgłośnie, przyjdź! Przyjdź do mnie! Mam nadzieję, że i on nie śpi około trzeciej nad ranem. Że leży z otwartymi oczami obok żony, wsłuchując się w dobiegający z sąsiedniej sypialni miarowy oddech swego syna. I że prócz tych dwóch oddechów, kobiety i dziecka, słyszy w ciemnościach moje wołanie.

Zastanawiam się kiedy to się zaczęło. Chyba od razu, bo u mnie wszystko zaczyna się od razu. A u niego? Chcę żeby też.

Po czym poznałam? Zawsze gdy do nas przychodził zostawał odrobinę dłużej niż wypadało. W czasie rozmowy omijał mnie wzrokiem. Gdybym była mu obojętna po cóż miałby to robić. Czasem, gdy spojrzał, bo przecież nie mógł w rozmowie stale spoglądać tylko na mego męża, miałam wrażenie, że na linii przebiegającej pomiędzy naszymi oczami pojawią się ogniki świętego Elma. Elektryczność w atmosferze...

Herbata, czy kawa? Pytam, choć wiem, że rano kawa, a po południu herbata. Pytam ile łyżeczek kawy, choć pamiętam, że dwie. Pytam, czy herbata zwykła, czy owocowa, choć wiem że tylko czarna. Pytam, czy słodzi, choć przecież wiem, do kawy łyżeczkę, do herbaty wcale. Pytam, bo chcę z nim porozmawiać, usłyszeć jego głos, to, jak mówi tylko do mnie. A o cóż innego mogę zapytać w obecności męża?

Jaki jest... Taki, że nigdy bym nie pomyślała, że może mi się spodobać. Brunet. A ja przecież nie lubię brunetów. Nigdy, ale to nigdy, nie spotykałam się z brunetem, choć przecież widzę to dopiero teraz. Nie żebym skreślała ich na wstępie, ale po prostu tak jakoś wyszło. Więc brunet. Z czarnymi brwiami i rzęsami. Oczy ma szare. A może nie? Może ogniki świętego Elma zmąciły mi obraz. Usta ma takie miękkie, delikatne, ładnie wykrojone. Mam ochotę dotknąć ich leciutko palcem i popatrzeć jak uginają się pod ciężarem opuszki. Myślę, że jego dłonie są ciepłe i suche. Nigdy ich nie dotknęłam, ale tak właśnie wyglądają. Trzymać go za rękę, to byłoby czuć się bezpiecznie. Nie wiem jakiej wody toaletowej używa. Szukałam jej w drogeriach, spryskując niezliczone ilości testowych karteczek mgiełką z różnych flakonów. I nic. Ale stale czuję ten zapach. W pamięci. Żeby lepiej go sobie przypomnieć muszę przymknąć oczy i odchylić głowę lekko do tyłu.

Zapamiętałam jakie nosi buty i namówiłam męża, by kupił sobie takie same. Teraz, gdy chodzimy na spacer, patrzę na te buty i wyobrażam sobie, że spaceruję z nim, nie z mężem. Że idziemy tak sobie razem, noga w nogę.

Chciałabym wiedzieć, czy i on kolekcjonuje okruszki mnie. Czy pijąc herbatę oplata sobie sznureczek od torebki ekspresowej wokół wskazującego palca? Czy poprosił żonę by nie kładła obrusa na stół kuchenny, bo lubi patrzeć na słoje drewna? Czy do kluczyków od samochodu przywiesił sobie breloczek w kształcie żaby, który można kupić na pobliskiej stacji benzynowej? Tak bardzo chciałabym się tego kiedyś dowiedzieć.

Musi być dobrym człowiekiem. Lojalnym. Bo nie wykonuje żadnego kroku, żadnego gestu. Ale wiem, nie, nie wiem, mam nadzieję, że chciałby. Ja bym chciała. Tylko, że też muszę być lojalna. Więc pytam zawsze o kawę i herbatę. Marzę, by odbierając ode mnie tę cholerną kawę albo herbatę, złapał mnie za rękę, przyciągnął do siebie, objął i pocałował.

Modlę się, by zdarzył się dzień, w którym oboje, jak roślinki, zostalibyśmy wyrwani z naszych doniczek z domami, małżonkami i dziećmi. Przesadzono by nas do nowej donicy. Nie pamiętalibyśmy swej przeszłości, nie męczylibyśmy się wyrzutami sumienia. Zaczęlibyśmy rosnąć, oplatając się wzajemnie korzeniami, łodygami i liśćmi. A gdy czulibyśmy się nasyceni, czyjeś życzliwe ręce z powrotem przeniosłyby nas do naszych dawnych donic. Gdzie nie pamiętalibyśmy niczego z tego, co zaznaliśmy.

Czekam...
2010-01-30 dylematy poranne
Piotrek właśnie wiezie Filipa do L., do dziadków, co oznacza, że przede mną wolna sobota. Zjadłam śniadanie i zastanawiam się. Co robić? Posprzątać tę kiłę i mogiłę, co mi się zalęgła w chałupie, czy olać i pojechać gdzieś, korzystając z pięknej pogody?

Jeśli posprzątam, to przez najbliższy tydzień będę czuć się w miarę dobrze w swoim własnym domu. Ale za to dziś się umęczę i nic nie będę mieć z życia. Jeśli nie posprzątam, to przez najbliższy tydzień będę patrzeć na ten syfilis i narastać we mnie będzie wkurzenie, ale dziś poczuję się względnie zadowolona.

Hmmmm...

Wiem... Trochę posprzątam zanim Piotrek wróci, a potem się zastanowimy.
2009-12-27 lambada
Tak sobie dziś wieczorem gadałam z Kitą przez telefon i przypomniała nam się "lambada", hit, nad hity, piosnka cud. 

"Lambadę" odsłuchiwałam po wielokroć, razem z niejaką Paturką, koleżanką z bloku. Piosenka podobała nam się tak bardzo, że chciałyśmy nauczyć się jej słów. Operacja ich spisywania była utrudniona, bo, po pierwsze dysponowałyśmy wyłącznie walkmanem produkcji polskiej, który nosił wdzięczną nazwę "kajtek" i, jako produkt typowo polski miał tylko jedną opcję - przewijanie do przodu. Powodowało to, że chcąc cofnąć taśmę do pożądanego (przy spisywaniu) momentu, trzeba było wyciągać kasetę, przekładać ją na drugą stronę i przewijać do przodu, a następnie znów wkładać na stronę z "lambadą". Po drugie, do "kajtka" podpięte były miniaturowe, charczące głośniczki, które zniekształcały to, co można było usłyszeć. Po trzecie, kaseta była zjechana do granic możliwości, i po czwarte wreszcie, piosenka była po hiszpańsku...

Ale my miałyśmy lat 8 i zapał godny rozszyfrowujących "enigmę". Klęcząc więc przy "kajtku" spisałyśmy słowa i śpiewałyśmy do upojenia; "sio ro du sim foj, kejum dija słany fiszu raa-aaa".

Dzisiejszego wieczora ta piękna pieśń, w wersji językowej jak wyżej, popłynęła drogą telefoniczną do ucha Kity, siedzącej w swoim wrocławskim mieszkaniu. Obie, lekko posikując ze śmiechu, wokalnie się rozkręciłyśmy, i od słowa do słowa, od kliknięcia do kliknięcia znalazłyśmy w sieci naszą cudowną "lambadę", a potem tekst do niej, ha, a potem jeszcze tłumaczenie. Zsynchronizowałyśmy odtwarzanie z komputera i dobre 20 minut śpiewałyśmy (a głosy to my mamy, heheheh, i słuch też niczego sobie, oooo, a znajomość hiszpańskiego..., mniam).

Śpiewałyśmy więc ile tylko sił, solennie sobie obiecując, że żadna z nas nie nagrywa tego na dyktafon z telefonu. Mamy też nadzieję, że nie jesteśmy podsłuchiwane i nikt  nie będzie nas szantażował w przyszłości groźbą ujawnienia tego koszmarnego wycia.

Piotrek wchodząc do kuchni i widząc, że jak ryczę do słuchawki z towarzyszeniem muzyki z komputera zaczął przewracać oczami. Kiedy zaś celem wywarcia na nim jeszcze większego wrażenia "dałam Kitę na tryb głośny" oświadczył, że talent, to mamy po naszym tacie... (kto zna tatę, ten wie w czym rzecz).

Tak, czy owak, bawiłam się doskonale, za co Kicie serdecznie dziękuję.

A tu niżej, jakby ktoś chciał sobie ze mną lub z Kitą telefonicznie pośpiewać - daję namiary (-;






 
2009-12-07 walne zgromadzenie akcjonariuszy
Przychodzę ja dziś do pracy, a Ania (koleżanka z firmy, która mieszka "na dzielnicy") mówi, że zaczepiła ją wczoraj znajoma, jakaś taka starsza kobitka i powiedziała;
pani kochana, wiesz pani co się u nas w sobotę działo? Mikołaj był! Przyjechał czerwoną warszawą i rozdawał dzieciom prezenty!

Toż ta czerwona warszawa to lepsza niż czarna wołga (-; Ha, plota poszła... Ponoć starzy "dzielniczanie" oglądali spektakl przez okna...

Co jeszcze? Ano to:
http://www.legniczka.com/news,single,init,article,511 .
Hmmm... Poruszyło mnie to, w gruncie rzeczy... Szczególnie te krótkofalówki, zwane w czasie pakowania mikrofalówkami... Sprostować należy, że paczek było 340 (co uczyniła już Kasia) i że zapakowane były do 3 samochodów, bo do samej warszawy by się nie zmieściły za cholerę.

I jeszcze co? Chyba to, że wczoraj dzwonił do mnie Tato, który razem z Babcią Psują i Filipem oglądał akcję. W tym dzwonieniu nie byłoby nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że Tato oświadczył, że tak się wzruszył tym wszystkim, tam, wtedy na miejscu, że aż się popłakał. A żeby nikt go o to nie podejrzewał, zaczął symulować nagły atak kataru. Wiem, wiem, bo przecież pożyczał ode mnie chusteczkę (-;

No i jeszcze, relacjonując to, co się działo nie wspomniałam o Michale, synu Kasi i Jacka. Michał prócz podawania paczek zajmował się ochroną naszego cennego pojazdu. Ujął mnie tekstem rzuconym do paru dzielnicowych chłopaków, którzy zaczęli obmacywać auto. Powiedział, żeby zostawili samochód w spokoju. W odpowiedzi usłyszał to charakterystyczne: "bo coooo?". Na co stanowczo odrzekł: "bo się lakier odparzy!".

W ferworze akcji nie powiedziałam również o trzech ostatnich wpłatach dokonanych przez: Elę i Sławomira F. - 50 zł, Izę S. - 75 zł oraz Anię i Tomka J. - 30 zł.

No a na koniec, spis wszystkich (mam nadzieję!) akcjonariuszy naszej mikołajowej spółki akcyjnej. Spis sporządziła Kasia Lukciowa i jakiekolwiek zażalenia w tym przedmiocie proszę kierować do niej (-; Wierzę, że nikt nie został pominięty, bo tak, czy owak, ja już dawno straciłam w tym wszystkim rachubę. A więc, udział wzięli:

Jacek - mąż Łukciowej, Michał – syn Łukciowej, Kitka, Andrzej „Laweciarz”, Ania – sąsiadka Natki, Ania Ch-C – koleżanka z pracy Natki i Łukciowej, Monika N., Kasia B10, Ela Olinkowa, Stara Panna/ Szczęśliwa Mężatka, Kinga Dziduszkowa, Iza z Wrocławia i jej mąż Marcin, Aga Buziakowa, Monika K., Marek (kolega z pracy Filemonki), Agnieszka W., Kasia Boryskowa, Maciej Ś., Leonkowa z Adalbertem, Gosia S.,elf Paula, Ania – Kriepa, Justyna z Pawłem i Kamilką, Aga-Zojka, Ania Ch. - mama Kamila, Paulina K. z Warszawy, Efekt Synergii, Ania Zooczek, Gall Anonim vel Gosiaczek, Evra, mama Adasia, Ewa, mama Oliwiera, Ewa – mama Olisia, Łukasz i Anna D., Kaja, Mazur-Oberek, Wisani (Agnieszka M.), Edyta S. z Wrocławia, Włochy 2008, Silna Grupa A, Anna O. z Komorowa, Adam-Ewa, Ania – mama Grzesia i Kasi, Kunia-Agniecha, Kasia H., Aga z tortem, ElaFela, Marzenka, Jula, Robert, Iza – mama Zuzi, Pracownicy Urzędu Gminy w Kobierzynach, Kasia – mama Maksa, Tomasz N. z Łodzi, Ania F., Kaja S., Agnieszka W., Gosia S. z Bolesławca, Ela i Sławomir F., Iza S., Ania i Tomek J.,Marlena, od S.P. vel Sz.M., nasze dzieci, które oddały swoje zabawki i książeczki, no i my - cztery panienki z czekoladziarni + nasze rodziny, które pomagały, tolerowały i wspierały całe to zamieszanie. Ja szczególnie dziękuję Babciom: Psui, Prababcusovi i Stasi - za werbowanie i szycie.

Wszystkim akcjonariuszom BARDZO DZIĘKUJEMY. Uważam, że to niezwykłe - dostać taki kredyt zaufania, tyle ciepłych, dobrych myśli, słów wsparcia, i tyle czasu. Bo wszyscy akcjonariusze poświęcili przede wszystkim swój czas. Ten, który potrzeba na przetrzebienie zabawkowych zasobów naszych dzieci, ten, który potrzeba na przygotowanie zabawek do wysyłki, na samą wysyłkę, na przesłanie pieniędzy i pisanie maili. Więc gdyby tak zliczyć czas jaki wszyscy poświęcili na akcję, wyszłaby pewnie jakaś potężna liczba godzin. Roboczogodzin, bo przecież tak stale się je wycenia. I w tym sensie (poza niewątpliwym sukcesem finansowym i ilością zgromadzonej pomocy rzeczowej) uzbieraliśmy wielki kapitał.

Mam nadzieję, że ten kapitał będzie rósł, bo pomysły na kolejne akcje już są!

Jeszcze raz - wielkie, wielkie podziękowania dla wszystkich.
2009-12-05 już po...
Wszystkich, którzy pomyśleli, że zwiałyśmy z kasą i paczkami uspokajamy; nie, nie zwiałyśmy. Blog został zahasłowany, ponieważ przed finałem akcji w sprawę wmieszały się media, a czego, jak czego, ale rozgłosu nie było nam przecież potrzeba. Zatem, za to nagłe utrudnienie, czy wręcz zniknięcie – przepraszamy.

Ostatnie trzy dni biegły w tak zawrotnym tempie, że nie było już czasu ani na notki, ani na maile, ani na cokolwiek. Apogeum szaleństwa nastąpiło oczywiście dziś. Całe szczęście, że Jacek, mąż Kasi utrwalał aparatem to, co się działo. Gdyby nie on, z całej akcji nie byłoby ani jednego zdjęcia, bo, najzwyczajniej na świecie nie dało się ich zrobić. Jacek ma przesłać zdjęcia Natce, a Natka ma zrobić pokaz slajdów i wstawić je tu: 
 
Przygotowałam zdjęcia, ale nie umiem wkleić pokazu na stronkę. Póki co klikamy w zdjęcie poniżej :) - też działa :P. Jestem zachwycona zdjęciami zrobionymi przez Jacka i moim pierwszym pokazem slajdów, który stworzyłam, he, he. Miłego oglądania. / NATKA



A jak to było? Ano tak:
W czwartek przed południem Piotrek rozwiesił na dzielnicy ogłoszenia o akcji. Po południu odebrałam od Natki zabawki i słodycze. Przyjechałam dużym, terenowym samochodem i cały, calusieńki został wyładowany towarem. Kitka, która wracała ze mną, miała problem, by wcisnąć do auta swoją walizkę. Poniższe zdjęcia nie oddają całej prawdy o ilości rzeczy. Do tego mieliśmy jeszcze bagażnik słodyczy (x2) i zasoby, które zgromadzone były u mnie w domu (mniej więcej 1/2 tego, co zostało wzięte z tajnego adresu Kasi i Natki)
 
Czwartkowy wieczór, część nocy i pół piątkowego dnia upłynęło nam na pakowaniu paczek. Łącznie zrobiłyśmy 286 paczek w kategoriach “uniage/unisex”, “dziewczynki do lat 5”, “chłopcy 2-7 lat”, “chłopcy 10+” i “dzidziulki”. Cóż, kategoria “dzidziulek” była utworzona w sensie językowym dla żartu, ale nazwa przyjęła się i tak to wczorajszego wieczoru Jacek pytany przez Kasię o to, co mają w samochodzie odpowiedział: “dzidziulki i dziewczynki do lat pięciu”.
 
 

 
Piątkowe popołudnie minęło na zakupach, bo do wydania pozostawała nadal kwota 837,70 zł. Dokupiłyśmy z Kitą słodyczy i 40 wypaśnych długopisów (dla kategorii “chłopcy 10+”). Przed 22.00 dojechali do nas Kasia Lukciowa z Jackiem i Natką. Natka cała w stresie, bo pochorował jej się Maciek, a ona, obowiązkowa istota, zostawiła go ze swoim mężem i przyjechała pakować paczki. Przed drugą skończyliśmy zaklarnecikowywanie, zawiązywanie i tworzenie nowych paczek oraz układanie spakowanych toreb w samochodach. Prezentów było 340 ! W każdej paczce były zwykle 2-3 zabawki duże, albo nawet 4 zabawki mniejsze, do tego 4-5 rodzajów słodkości. Myślę, że prezenty były naprawdę w porządku. Żadnej nędzy i dziadowania. Część zabawek została przeznaczona do “adopcji”. Do tej kategorii trafiły rzeczy, które po bliższym przyjrzeniu się nosiły ślady intensywnego używania, miały jakiś defekt, pobrudziły się, itp.
 
 
 
Dzisiejszy poranek przebiegał w rozgorączkowanej atmosferze. Natka wszywała gumkę w spodnie mikołajowe i gumkę mocującą brodę (a ileż było poszukiwań takiej gumki! W końcu poprute zostały jakieś Piotrkowe galoty, hehehe), Filip odmawiał zjedzenia parówki pomimo zachęt całej ekipy, trzeba było przywdziać akcyjne stroje, dokonać charakteryzacji i w końcu, załadować warszawę na lawetę.

A potem - pojechaliśmy. Pierwszy na miejsce akcji przybył Piotrek-Mikołaj z Andrzejem, laweciarzem i oczywiście pojazdem akcyjnym. Dzieci już czekały, kręcąc się po placu. Piotrek przejechał warszawą przez kwartał pobliskich ulic, trąbiąc przy tym donośnie. Później trzeba było szybko wyciągać mikołajowy fotel, bo dzieci otoczyły Piotrka i kiedy on na przykład starał się przejść trzy kroki w lewo, cały tłum przesuwał się o trzy kroki w lewo tak, by przypadkiem nie wypaść z miejsca położonego najbliżej rozdającego prezenty. Ostatecznie Mikołaj zasiadł w fotelu, dzieci uformowały się w mniej, lub bardziej bezładną kolejkę i rozpoczęło się rozdawanie paczek. W tle słychać było kolędy, pomocnice uwijały się donosząc paczki i wręczając je Mikołajowi tak, żeby każde dziecko dostało prezent dopasowany do swoich potrzeb.

Mikołaj nie rozdawał paczek ot, tak. Pytał o wiek, a później zadawał pytania sprawdzające. Były więc testy z tabliczki mnożenia, historii, geografii i wiedzy ogólnej.
 
Do legendy przejdzie dialog:
Mikołaj: ile dziewczynko masz lat?
Dziewczynka: 13
M: przy jakiej ulicy mieszkasz?
D: przy Kartuskiej
M: a wiesz od czego ulica nosi nazwę – Kartuska?
D: od Tuska?
Chłopcy byli pytani o to, czy palą papierosy, na co oczywiście spieszyli z zapewnieniami, że nie, nie palą. Cóż z tego, skoro stojący obok koledzy wybuchali wtedy śmiechem i pod nosem komentowali nieszczerość kumpla.

W kolejce rozniosła się fama, że “pytają” i wobec tego dzieciaki usiłowały ustalić o co będą pytane, i czy pytania są trudne, heheheh. Niektóre dzieci były speszone i stremowane, niektóre się trochę bały, inne jeszcze, te starsze, udawały, że oficjalnie nic je to nie obchodzi, bo Mikołaj jest dla maluchów, ale mimo to chciały się dopchać po paczkę.

Co widziałam? Kilka smutnych rzeczy. Otóż, dzieci po odebraniu paczki nie otwierały jej przy nas, ani przy kolegach. Znikały gdzieś w bramach, schodziły nam z oczu. Nie było w nich entuzjazmu jaki widzę zwykle u Filipa. Entuzjazmu polegającego na tym, że jeśli dostanie prezent, stara się go jak najszybciej odpakować, śmiejąc się już w czasie otwierania pudełka, a potem ciesząc z tego, co w środku. I tak myślę, że te dzieci nie bardzo potrafią dostawać prezenty, że pewnie boją się, że ktoś im to zabierze, wyrwie z rąk, zwyczajnie, nie potrafią się taką sytuacją bawić... Druga sprawa, na palcach jednej ręki można było policzyć te dzieci, które mówiły “dziękuję”. One po prostu ustawiały się w kolejce, odbierały co trzeba i znikały bez słowa.

Te dzieci różnią się również fizycznie od swoich “zwyczajnych” rówieśników. Po pierwsze większość z nich nie wygląda na swój wiek. Są po prostu dużo niższe. Zaskakujące były sytuacje, w których chłopiec wyższy od Filipa o głowę okazywał się być dziesięciolatkiem. Po drugie dzielnicowe dzieci są w charakterystyczny sposób blade, i po trzecie w końcu, mają koszmarne zęby. Właściwie, jakieś resztki zębów. Co które otworzyło buzię, to po prostu tragedia. Popsute, pokruszone, powybijane, ropnie na dziąsłach... Najsmutniejsze jest to, że ja nie piszę w tej chwili o Somalii, tylko o świecie, który jest za rogiem...

Były momenty wzruszające, jak na przykład ten, kiedy przyszła do nas chora dziewczynka. Jakaś taka bidna i wymizerowana. Dostała pakę z wielkim Kubusiem Puchatkiem. Odeszła niesamowicie dumna i zadowolona, ściskając tego swojego ogromniastego miśka. Albo ten, kiedy pewna dziewczynka przyniosła Mikołajowi-Piotrkowi czekoladowego, małego mikołaja. Albo ten, kiedy inna dziewczynka przyniosła Mikołajowi rysunek ozdobiony plastelinowymi wyklejkami.

Były też oczywiście momenty wkurzające jak te, kiedy okazywało się, że co cwańsze dzieci wpychają się do kolejki, lub stoją w niej po raz kolejny. Staraliśmy się jakoś temu przeciwdziałać, ale momentami nie było to przyjemne. Podszedł do nas żulik, który oświadczył, że ma dwoje dzieci w szpitalu i też chce paczkę. A kiedy na koniec dostał jedną oburzył się, że powinien dwie. Mówię mu, panie, pan jest za duży, by wierzyć w Mikołaja, niech pan o drugą paczkę postara się sam. Odszedł, złorzecząc, że on ma taaaaką niską rentę. Inny żulik przyszedł potańczyć do rytmu kolęd, które towarzyszyły akcji. Stanął między samochodami i uskuteczniał jakieś wygibasy. Musieliśmy mieć oczy dookoła głowy, bo miałam wrażenie, że część dzieci czeka tylko na moment naszej nieuwagi, żeby “dostać” paczkę poza kolejnością...

Zostało nam około 10 paczek, bo kiedy zorientowaliśmy się, że wszystkie (chyba, mam nadzieję, w każdym razie bardzo bym chciała żeby to nie była pomyłka) dzieci dostały prezenty, i w kolejce ustawiają się już tylko te, które mają zamiar wydębić jeszcze – zwinęliśmy biznes. Rozdane zostały czekoladowe cukierki i mikołaje, a na koniec rzuciliśmy luzem “wory adopcyjne”. Zabawki zniknęły w okamgnieniu, a my w tym czasie zapakowaliśmy się do samochodów. Opuściliśmy dzielnicę i pojechaliśmy na regeneracyjną kawę/herbatę/colę do Mc`Donaldsa.

W czasie regeneracji spokojnie oplotkowaliśmy co było i jak było, oraz, dlaczego tak drogo (-; Uzgodniliśmy, że pozostałe paczki rozdamy u nas we wsi. Prezenty trafią do rodziny żyjącej w prawdziwej nędzy, i do dzieci, którym w zeszłym roku zmarła matka. Kasia Lukciowa opowiedziała nam natomiast o wywiadzie, jakiego udzieliła w czasie akcji reporterowi Polskiego Radia Wrocław. Materiał ma być oddany do autoryzacji przed emisją. Jeśli ukaże się na antenie, postaramy się go tu zamieścić. Zadecydowałyśmy bowiem, że jednak ostatecznie (skoro mleko i tak się już wylało) zgodzimy się na pewne upublicznienie akcji (ale na naszych zasadach), i nie podamy żadnych szczegółów, nie powiemy kto, skąd, dlaczego, posiłkując się w tym zakresie banałami jakimi zwykle raczą rodzice swoje dzieci, gdy te pytają o Mikołaja. Zgoda na rozmowę z dziennikarzem podyktowana została również tym, że chciałyśmy publicznie podziękować wszystkim ludziom, którzy wzięli udział w akcji – za okazane nam zaufanie i hojną rękę, którą oddali zabawki, książki, słodycze i pieniądze.
 
Po wszystkim laweciarz Andrzej pokiwał głową z uznaniem i powiedział, że było super. Że jak się patrzyło na to z boku, to naprawdę robiło wrażenie. Podobnie powiedziała Babcia Psuja, która była obserwatorem części, trwającej ponad dwie i pół godziny, akcji. Mówiła, że wyglądało to niesamowicie, kiedy widziało się niemalejący, kilkudziesięciometrowy ogonek dzieciaków, które z przejęciem czekały na rozmowę z Mikołajem...

Niektóre dzieci pytały, czy Mikołaj przyjedzie za rok... To co, przyjedzie?
 
2009-12-02 na zachodzie bez zmian
Przejęta Prababcia, zwana Prababcusem Psujovatusem, zadzwoniła dziś, że "Mikołaj" jest do odbioru. Okazało się, że w szyciu stroju pomagała jeszcze sąsiadka-kumoszka. Piotrek w pełnym rynsztunku (no, może nie do końca, bo bez pasa i butów jeszcze) - prezentuje się tak:


 
 A to już hamburgery i przekładańce (zdjęcia i kompozycja składników - Natka):

 
legenda: A - Monika Murkowa, B - Iza i jej Ekipa z UM w Kobierzycach c.d., C - Kasia, mama Maksa, 1. Agnieszka M. vel WI, 2. Ania F., 3. Agnieszka W., 4. Kaja S., 5. Ania Sąsiadka, ostatnie zdjęcie - (?) Tomasz.

I jeszcze:


Jutro - rozwieszanie ogłoszeń, przewiezienie zabawek i dokupienie reszty słodyczy/ artykułów piśmienniczych. Piątek - pakowanie, sobota - akcja. O rety-kotlety-laboga!!!
2009-11-30 dziewięć w skali Beauforta
Jak pragnę zdrowia, zaczynam się gubić co od kogo... (-; Bo jest tego coraz więcej. I zdjęć też coraz więcej, a tu blog coś szwankuje i klecenie notki zawiesza się od nadmiaru obrazków. Ale, zgodnie z obietnicą zamieszczam:

1. paczki od Olinków w trzech odsłonach






2. paczka od Marzeny, Julki i Roberta (ktoś mógłby powiedzieć, że to zdjęcie już było. A nieprawda. Zabawki bowiem leżą w tym samym, jakimś chyba fotogenicznym, miejscu - ale to zupełnie inne zabawki. Można się pobawić w "znajdź 10 szczegółów, którymi różnią się oba obrazki").



3. paka od Izy, mamy Zuzi oraz pracowników Urzędu Gminy w Kobierzycach. Zdjęcie zrobiła Gosia, której Natka za to dziękuje (hmmmm, ale o co chodzi?). W każdym razie tak miałam napisać, hehhe. A od siebie powiem, że w Białym Domu powinni się wstydzić! Skoro może Urząd Gminy w Kobierzycach, to tym bardziej mogłaby administracja Baracka Obamy (-;



4. paczka od Kasi H. (czy tam w drugim rzędzie, w roli halabardników stoją michałki?) ojjjj, będzie ciężko, boję się, że Piotrkowi puszczą nerwy i może czekoladki przed akcją (-;



5. na koniec świeżutkie "klarneciki" wyprodukowane metodą gospodarczą przez Natkę



6. na zakupach dziś byłam z Tatą. kupiliśmy: 60 sztuk batonów twix, 80 sztuk batonów mars, 80 sztuk batonów snickers, 28 sztuk batonów princessa maxi, 35 sztuk batonów princessa zwykła, 20 sztuk kindercośtam (czekoladki w pudełeczku), 20 paczek żelków fruitella w kształcie zwierzątek, butelek coli, i innych paskudztw, gumy rozpuszczalne mamba - 96 paczek i gumy rozpuszczalne fruitella - 96 paczek. Wydaliśmy na to 533,99 zł i gdyby zsumować słodycze, to mamy 515 sztuk różnych smakołyków. Zważywszy na to, że mam już trochę słodyczy z "paczek", a na zdjęciach widzę nowe, to myślę, że będziemy mieć co najmniej 600 sztuk słodyczy. Czyli, przy założeniu, że wyjdzie 300 paczek, w każdej paczce są po dwie słodkości. 

7. kupienie artykułów piśmienniczych wcale nie jest taką prostą sprawą jak by się to wydawało, ale po wstępnym rozeznaniu rynku należy uznać, że rzecz całą da się załatwić.

8. Babcia Psuja dała czerwony polarowy koc, z którego Babcia Stasia uszyła Piotrkowi spodnie i czapkę. W spodnie można wsadzić 42`` telewizor, hehehe. Dziś Prababcus Psujovatus kupił w lumpeksie jakieś futerka białe i ma za zadanie do piątku obszyć czerwoną kurtkę, spodnie i czapkę tymi właśnie futerkami. Czyli - zmierzamy w dobrym kierunku...

9. ech... coraz bliżej... łydki mam pokryte gęsią skórką (-;
2009-11-28 sen o warszawie...
Ach, gdybym ja tak umiała zrobić, żeby przy czytaniu tej notki można było posłuchać Niemena "Snu o Warszawie"...

Jeśli komuś wystarczy cierpliwości, to niech kliknie w pierwszy obrazek:


 

 
Na publikację czekają zdjęcia zabawek od Eli Olinkowej i jej rodziny oraz od Marzeny, Roberta i Julki.

Wczoraj Babcia Psuja kupiła w markecie strój Mikołaja. Niestety, Piotrek przy wymiarach 185 cm, 110 kg - nogawki od spodni może sobie założyć na ręce, mikołajową kurtkę na głowę, a czapkę - na stopę. Chłop się w strój Mikołaja nie ma szans zmieścić. Najmniejszych. A rozmiar był jeden, tzw. uniwersalny. Biedny, nieuniwersalny Piotrek...

W związku z powyższym mam prośbę - czy ktoś dysponuje strojem Mikołaja na rozmiar Piotrka? Albo Mikołajem na rozmiar stroju (-; Sprawa jest pilna, więc proszę o odpowiedź! W komentarzach lub na chmurkowy adres.
 
2009-11-27 Klarnety i trąby
Ufffff, po półgodzinnym dodawaniu zdjęć do blogowego schowka, melduję posłusznie, że do pojazdu Mikołaja doładowano następujące rzeczy:

od Boryskowej:


od Justyny P. z Warszawy:


od Edyty S.;


od Silnej Grupy A (ciąg dalszy):


Kontroler-Natka powiedziała mi, że jestem zadem reniferowym, bo nie napisałam, że śliczne zabawki (te, o których mowa w notce z dnia 24 listopada) przyszły od Pauliny K. z Warszawy i Anny O. z Komorowa. To piszę. I proszę o wybaczenie, bo wolę być noskiem renifera, choćby czerwonym, niż jego wiadomo czym...

Są nowi: Ewa-Adam (-; Ania, mama Grzesia i Kasi, Kunia-Agniecha, Kasia H., Aga z tortem (a w każdym razie czymś okrągłym, ale takim malutkim, że trudno dojrzeć) i ElaFela.

Są i wpłaty: Ewa-Adam - 100 zł i Marzena, Jula i Robert - 50 zł. Powiększa to stan naszej kasy do kwoty 1.680 zł.

Co jeszcze? A proszę bardzo, Natka zrobiła karneciki śliczne, które dołączymy do paczek. (Miałam dawno temu koleżankę, która twierdziła, że to coś nie nazywa się karnet, tylko klarnet. Poważnie. I co gorsza, nikt jej nie mógł tego wybić z głowy.) Klarnecik więc - będzie miał format 9x13 cm, będzie otwierany i prezentuje się tak: 





Jutro postaram się o obiecane wcześniej zdjęcia czerwonej warszawy. A dziś jeszcze, późnym wieczorem przyjechał do nas do domu facet od lawety, który przejęty akcją uzbierał dużą torbę pluszaków.

Wspominałam już, że fajnie tak, gdy takie rzeczy, jak ta akcja się rozkręcają? Nie? No to wspominam (-;

2009-11-26 sklep z zabawkami
Kto nowy? Ciężko powiedzieć, bo ukrył się pod pseudonimem "Włochy2008".

Gotówka? A proszę, jest - 250 zł od "Silnej Grupy A". Stan kasy - 1530 zł.

Edyta S. trafiła z przygotowaną rodzinnie paczką do Kasi i Natki. Co w paczce? Nie wiem, bo łączność została zerwana (-; Dziewczyny, przyślijcie zdjęcie!
 
"Silna Grupa A" zebrała też sporo zabawek, słodyczy i artykułów piśmienniczych:


A to jeszcze od chłopaków Kasi;

2009-11-24 celownik, a może tylko obiektyw...
Hmmm... albo CBŚ ma nas na celowniku, albo Urząd Skarbowy, albo coś mi się w banku zepsuło, albo, co byłoby najsmutniejsze, to już koniec. Bo dziś nie mogę się żadną nową wpłatą pochwalić. Stąd apel - jeśli dałoby radę jeszcze kogoś "naciągnąć", to byłoby świetnie!

W przeciwieństwie do posuchy pieniężnej - pomoc rzeczowa zaczyna napływać całkiem wartko:

od Ani- sąsiadki Natki:

trzy paczki pocztą:


- i ich zawartość:



Do publikacji mam jeszcze w zanadrzu dwa zdjęcia (paczkę od chłopaków Kasi i paczkę od Mazura-Oberka). Ale to w następnym odcinku.

Dołączyły do nas Wisani i Edyta S. z Wrocławia.

Cały czas się zastanawiam, czy żeby to wszystko opakować - wystarczy te 500 metrów wstążki...  (-;
2009-11-23 co wpływa i nie znika jak kamfora
Myślę, że nie muszę szykować sobie żadnego ekstra przebrania na mikołajową godzinę zero. To, jak teraz wyglądam, w zupełności wystarczy. Tym, którzy nie posiadają umiejętności zobaczenia co jest po drugiej stronie, nie, nie lustra, ekranu monitora, wyjaśniam:

na głowie mam obrzydliwą czapkę polarową z logo sponsora biegu Piastów. Spod czapki dobiega smród olejku kamforowego, którymi szczodrze wysmarowałam sobie czoło (to moja autorska koncepcja leczenia zatok). Czapka dlatego jest tak brzydka, bo olejek bez wątpienia się w nią częściowo wchłonie i nie uda się jej już doprać. Z uszu wystają mi kłęby waty nasączonej olejkiem kamforowym. Co dalej - na szyi mam coś, co kiedyś było szalikiem, ale wskutek mojej, kolejnej już, autorskiej koncepcji leczenia gardła i migdałków, wygląda jak szmata. Spod tej szmaty również ulatnia się smród olejku kamforowego. W klatkę piersiową wtarłam sobie rozgrzewającą maść, wskutek czego, żeby uniknąć utraty ciepła, musiałam wskoczyć w śpiwór. Górną część śpiwora-mumii założyłam sobie na głowę. Żeby zbyt często nie wychodzić z tego kokonu staram się kicać po domu, co jest moją autorską koncepcją ochrony stawów i mięśni kończyn dolnych (-;

Dobrze, żeby nie było, że poniedziałek - ja, wtorek - ja, środa - ja, itd., to powiem co słychać. Pieniądze wpływają. Ostatnie wpłaty to: 100 zł od Ewy, mamy Olisia, 50 zł od Kasi i Jacka H., 50 zł od Łukasza i Anny D. Czyli - 200 zł. Zatem - mamy 1280 zł. 

Do akcji przyłączyła się Kaja, która chce przesłać nam zabawki.

Natka napisała, że kupiła torebki i 500 metrów taśmy - wstążki do robienia kokard. Te 500 metrów mnie uspokaja! Buhahaha. Poza tym Natka zrobiła wielkie pranie pluszaków i zaprezentowała światu swoją legendarną suszarkę, którą zawsze, jak kiedyś przyznała, chowa przed gośćmi. A więc - panie, panowie, ta-dam, przed Wami suszarka i świeżutkie, czyściutkie pluszaki. Na zdjęciu pierwszym zaś - Maciek z torebkami (jakość trochę nie tego-śmego, ale nadaję nie od siebie i nie mogłam tego inaczej rozpakować).



Poza tym, Natka mówiła mi też dziś przez telefon (Kasia w tym czasie jakieś faksy słała, ale przypuszczam, że potwierdziłaby wersję), że na tajny adres, co to Zuzanna lubi go tylko jesienią, przyszły trzy kolejne paczki.

Murkowa stoi w blokach startowych do zakupu słodyczy i innych gadżetów - za 150 zł. A ja stoję w blokach startowych do zrobienia zdjęć warszawy, pojazdu Mikołaja. W weekend się nie dało, bo przygotowywałam sobie strój mumii i opracowywałam autorskie koncepcje, o których mowa wyżej. Ale, jak to mówią, co się odwlecze, to nie uciecze.




 
2009-11-20 krótki
Dziś krótko, bo lecę się wyspać:

100 zł - Kinga Dziduszkowa
100 zł - Gall Anonim do rąk Natki Szczerbatki (czyli 1080 zł łącznie).

Nowe akcjonariuszki: Evra, mama Adasia i Ewa, mama Oliwiera.

Jakoś tak do pary dziś (2 x 100 i 2 x E).

Dobranoc



2009-11-19 akcja - reakcja
Chyba zaczynamy się rozpędzać... Wpłaty, które są na koncie to:
100 zł - Anna Olga Ch., mama Kamilka
  50 zł - Aga Ł.
100 zł - Paulina K. z Warszawy
220 zł - Efekt Synergii
co daje nam dziś 470 zł. Jeśli dodamy do tego kwotę z poprzednich dni, otrzymujemy 880 zł!

Myślę, że to całkiem niezły wynik.

Dziś też, w miejscu paczkowo-kontaktowym, czyli u Natki i Kasi pojawił się Marcin, mąż Izy i tata małej Madzi. I przyniósł to wszystko:

Dziękujemy.

Natka wzięła sprawę torebek na siebie, ba, na siebie - na klatę swoją wzięła (-; I powiedziała, że 200 sztuk funduje! No, ale ja cały czas mam nadzieję, że paczek będzie ponad 200. Tak sobie optymistycznie zakładam... 

Kasia Lukciowa opowiedziała mi dziś przez telefon historię chłopca z tego samego miasta, w którym robimy akcję. Ten chłopiec choruje na chorobę nowotworową. Jego mama również. Kasia wie o tym wszystkim od siostry, która jest nauczycielką chłopca. Zapadła decyzja, by zrobić jedną naprawdę wypasioną pakę i podrzucić ją właśnie temu konkretnemu dziecku. On też mieszka "na dzielnicy". Jeśli sam nie przyjdzie, to Mikołaj odwiedzi go osobiście.

Hmmm, co jeszcze... odezwała się do mnie Justyna, ta od Kamilki i Pawełka. I uświadomiła mnie, że chodziło o Pawła, nie Pawełka. Bo Paweł, to mąż (-; Heh, przepraszam. 

Do akcji przyłączyła się też Ania Zooczek, która za sprawą jakichś tajemnych sił losu jest skoligacona z Murkową. W ogóle z tej Murkowej to jest naganiacz pierwsza klasa!

No i na koniec muszę powiedzieć, że po wyliczeniu wszystkich kosztów podjęliśmy decyzję, by nie robić pojazdu Mikołaja. Bo lepiej pieniądze, które wydalibyśmy na materiały do zrobienia pojazdu, przeznaczyć na paczki. Ale nie myślcie sobie, że Mikołaj pojedzie jakimś zwykłym autem. O, nie. Pojedzie czerwoną, garbatą warszawą. Odcinek zasadniczy - na lawecie, odcinek akcyjny - o własnych siłach. Zdjęcie warszawy w weekend.

Jeśli osoby wysyłające paczki mają ochotę zrobić zdjęcia podarków - zachęcam. Fotkę można przysłać na chmurkowy adres - wtedy zamieszczę ją w kolejnej notce. Ale musu nie ma (-;

Pozdrawiam wszystkich.



2009-11-18 cowieczorny przegląd akcjonariuszy
Co mamy?
Mamy dwie nowe wpłaty. W tym jedną zagraniczną, a jak! Pierwsza wpłata, to 50 zł od Macieja Ś. Druga wpłata to 30 euro, przeliczona i zaksięgowana na koncie jako 119,74 zł. A bank, dziad jeden, jeszcze mnie obciążył na 5 zł za te fanaberie. Eeeech, życie. Euro przyszło od Leonkowej w komplecie z Adalbertem. Kim jest Adalbert? Leonkowa, zdradź! 

Przyjmuję, dla równego rachunku, że od Leonkowej przyszło 120 zł. A więc mamy już 410 zł (240 wczoraj + 170 dziś).

I coś mi się wydaje, że na pewno na tym nie poprzestaniemy. Bo przychodzą sygnały, że kolejne wpłaty - w drodze.

Odezwały się do nas: Gosia S., która zamierza w akcję wciągnąć forumowiczki scrapowe, elf Paula, Ania - Kriepa, Justyna z Pawłem i Kamilką, i oczywiście Aga-Zojka, która mailowo coś mi na smutną wyglądała.  

Zanosi się na to, że paczek będzie naprawdę sporo. Jak sądzicie, ile? I, związane z tym pytaniem - pytanie kolejne. Mianowicie - w co zapakować prezenty? Czy ktoś ma dojście do tanich, ale ładnych torebek upominkowych? Bo w reklamówkę zapakować, to tak trochę smutno, a torebki okolicznościowe są bardzo drogie... Czy są jakieś propozycje?

Na koniec powiem tylko, że fajnie tak odbierać te sympatyczne, ciepłe maile i informacje o tym, że kolejne osoby przyłączają się do akcji.
2009-11-17 dalej i dalej i dalej

Dziś na konto wpłynęło 75 zł od Moniki K. i 40 zł od Agnieszki W. Jeśli dodamy te wpłaty do tych, o których mówiłam wcześniej, to otrzymujemy 240 zł (75 + 50 + 75 + 40)!

Do akcji przyłączyli się też (za sprawą "Starej Panny" vel "Szczęśliwej Mężatki") - Mazur, Jakub i Sekret, którzy podarują zabawki i książeczki (szczegóły jeszcze nieznane).

Odezwała się też kolejna osoba, która chce pomóc - Kasia Boryskowa.

Czyli - wszystko do przodu!

Odpowiadając Kasi Lukciowej - lawetę mamy, będziemy musieli tylko oddać kasę za paliwo. Laweciarzem jest konstruktor pojazdu. We wsi nazywamy go Panem Zepterem, bo prowadzi skup złomu (-: 

2009-11-16 pojazd
Do akcji przyłączyła się Monika K., rodzinnie związana z Murkowem. Kolega z pracy, Marek, dostarczył mi dziś kilka maskotek, które niniejszym zasilają wór Mikołaja.


 
Wieczorem odwiedził nas Andrzej, który z pomocą Piotrka i mojego Taty skonstruuje pojazd Mikołaja. Niestety, pojazd który kiedyś już stworzył, został zniszczony. Nowy pojazd powstanie na bazie starego, zezłomowanego opla kadetta. Do maski, za pomocą wkrętów i blachowkrętów, przy użyciu płaskowników, zostanie przymocowana obudowa ze sklejki. Całość zostanie pomalowana na czerwono i żółto. Do przodu pojazdu doczepiony będzie renifer z siana. Panowie zaczynają działać w najbliższą sobotę i niedzielę. Mają nadzieję, że zdążą. Ja mam wyciąć z kartonu jakieś wielkie dzwonki, tablice rejestracyjne z napisem Święty Mikołaj, mam napchać siana w renifera i całość obszyć workami, żeby się renifer nie rozleciał w czasie transportu. I jeszcze rogi mam zrobić, hehehe, reniferowi.

Pojazd zostanie dowieziony na miejsce akcji lawetą. 

A na koniec mam prośbę - nie leniuchować! Poodzywać się! Dać jakiś komentarz, jakieś słowo wsparcia! No! Od razu nam to skrzydeł doda!
2009-11-15 mamy znaczek!
Po pierwsze - na chmurkowy adres odezwały się Iza z Wrocławia - mama Madzi i Aga Buziakowa. Za pomoc - bardzo dziękujemy.

Po drugie - Natka zrobiła piękny znaczek, który wygląda tak:


 
Ten właśnie znaczek to logo całej akcji, a każdy kto pomoże może się tym znaczkiem posługiwać. Natka - super! Mnie znaczek się naprawdę bardzo podoba.

Po trzecie - jutro spotykam się z facetem od pojazdu Mikołaja. Nie wiem, czy on ten pojazd jeszcze ma, ale wszystko mam nadzieję się wyjaśni. Facet był niezwykle tajemniczy przez telefon (-;

Po czwarte - wydaje mi się, że nie mamy wiele czasu. Czas dostarczania paczki zależy od firmy kurierskiej/ poczty. Różnie to bywa. Jeden robi to szybciej, drugi wolniej. Myślę, że bezpiecznie jest założyć, że potrwa to tydzień. Więc żeby mieć pewność, że paczka dotrze na czas, jej nadanie powinno nastąpić do 26 listopada. Pieniądze natomiast, załóżmy, że dojdą w czasie dwóch dni (nie wiem jak to jest z przelewami zagranicznymi). Za pieniądze trzeba zrobić zakupy - na co przeznaczymy środę lub czwartek przed akcją (czyli 2/3 grudnia). Zatem, najpóźniej 1 grudnia trzeba nadać przelewy. A więc - mamy tak naprawdę dwa tygodnie na zorganizowanie sprawy. Czyli - nie za dużo. 

To tyle. Lecę porozsyłać link do znaczka.
2009-11-14 akcja - doniesienia wstępne

Z prawdziwą przyjemnością informuję, że zgłosiły się do nas dwie nowe dziewczyny:
Monika N. i Kasia B10. Obie zadeklarowały udział w akcji. Wysłałam im dane, o które prosiły i czekam.

Pierwsza z pomocą ruszyła Ela Olinkowa, która powiedziała, że spodziewa się uzbierać ok.3-4 worków stulitrowych z pluszakami!!! Ela, mam nadzieję, że nie zrobisz w tym celu napadu na supermarket wieczorową porą (-;

Dziewczyna, która postanowiła ukryć się pod pseudonimem "Stara Panna", i od razu zmieniła zdanie, wskazując, że ten pseudonim mógłby stać się samospełniającą przepowiednią dała 50 zł. Nowy pseudonim "Starej Panny" to "Szczęśliwa Mężatka".

Ja daję 75 zł, dla nierównego rachunku.

Kinga Dziduszkowa obiecała 100 zł.

Babcia Psuja wyjeżdża, ale obiecała zająć się sprawą w najbliższy czwartek. I myślę, że zobi to z wielkim sukcesem, bo już raz się dziewczyna na froncie sprawdziła (-:

Oskarkową przepraszam, bo faktycznie coś pokręciłam. To chyba ktoś inny wyraził taką wątpliwość, a ja włożyłam jego słowa w usta Oskarkowej. Oskarkowa, nie gniewaj się i wybacz! Posypałam już głowę popiołem, który w dużych ilościach z piwnicy wynosi Piotrek (efekt palenia w piecu c.o.). Jeśli mi wybaczysz, zjem dwa razy więcej pierniczków niż to pierwotnie planowałam (-; Aaa, i jeszcze zapomniałam dodać, że Oskarkowa robi nam reklamę na swoim motylim blogu.

Czekam, czekam, czekam... na dalsze wieści.
Pozdrawiam wszystkich zaangażowanych, a tych kibicujących po cichutku proszę o ujawnienie się.

2009-11-11
Pan siedzący przy stoliku obok zaofiarował się, że zrobi nam zdjęcie widząc jak zbijamy się w bezkształtne coś, co miało się zmieścić na ekranie Natczynej komórki, i jak Natka usiłuje to coś sfotografować.
Co chciałyśmy utrwalić? Kolejne spotkanie w czekoladziarni. Skład? W kolejności alfabetycznej – ja (bo na jot, hehehe), Kasia Lukciowa, Natka Szczerbatka i Monika Murkowa. Cóż, powiem nieskromnie, że w kategorii “najpiękniejsza uczestniczka spotkania”, też bym była na pierwszym miejscu. I w kategorii - “zjadająca największą ilość słodyczy” - również. No ale ja nie o sobie chciałam, buhahaha...
Otóż, efektem posiedzenia (mnie się trafiło arcyniewygodne krzesło, a tym trzem pozostałym – wygodna kanapa. Ale to na pewno przez zazdrość mnie tam posadziły – że triumfuję w opisanych wyżej kategoriach) jest taki oto plan:

W X. jest, jak pewnie w każdym mieście, dzielnica cudów. Bida, nędza i zero perspektyw. Stare, odrapane kamienice, klatki schodowe, wchodząc do których powinno się mieć pod ręką woreczek hafciarski, pokutujący na tych klatkach menele-imprezowicze i takie tam figle- migle. Rodzice przemawiają tam czule do dzieci - “zamknij ryj, bo ci pierdolnę”, lub podobnie, w zależności od sytuacji. Dzieci spędzają czas na ulicy, albo usiłują spędzać go niezauważone w domu. Zdarzyło mi się widzieć dwóch podpitych pięćdziesięciolatków opiekujących się może miesięcznym dzieckiem. Zdarzyło mi sie widzieć trzylatka wyprowadzającego psa-wilczura, cztery razy większego od niego samego, na spacer, po drugiej stronie asfaltowej jezdni. Świat kręci się tam wokół stołówki na X, skąd można za darmo wziąć zupę na wynos (w słoiku, albo plastikowym pojemniku po farbie lub proszku do prania) i wokół “bramy”. Bo w bramie się stoi, się patrzy, się spożywa i się omawia...

Dzieci w domach dziecka, hospicjach i innych tego typu placówkach mają zapewnione, niejako wkalkulowane w roczny kalendarz, różne imprezy okolicznościowe. O te maluchy zadba jakiś sponsor-mikołaj, zakłady zajmujące się opieką nad tymi dziećmi mają bez wątpienia jakąś pulę środków, które przeznaczą na drobne upominki, na coś co sprawi radość. A o dzieciach z dzielnicy chyba mało kto będzie pamiętał. Bo nie dość, że zdrowe, to jeszcze mają pod ręką mamę i tatę... Pytanie, czy mama i tata będą pamiętać żeby Mikołaj przyniósł coś tym maluchom. No, nie wliczam w to korka od wina...

Pomyślałyśmy więc, że zrobimy coś dla tych dzieci. Postaramy się obdarować je prezentami.

Plan jest taki: potrzebne są zabawki, książki, gry, itp. Nowe i używane. Nowe – jeśli ktoś może sobie na to pozwolić i ma na to ochotę. Używane zaś, przede wszystkim. Bo założę się, że w każdym domu jest co najmniej kilka rzeczy, które były jakimś nietrafionym prezentem. Otrzymany podarunek nie nadawał się dla dziecka z racji wieku, zainteresowań, zdolności. Każdy kto ma takie rzeczy i chciałby je oddać – może to zrobić. Bez wątpienia nie muszę mówić, że rzeczy te powinny być w dobrym stanie. Mają stanowić prezent, a nie jałmużnę.
Prócz zabawek mile widziane są słodycze. Każde. No, może z wyjątkiem kilogramowych toreb cukru, heheh.
Jeśli ktoś czuje się na siłach – może przesyłać również pieniądze. W każdej kwocie. Do czego będą potrzebne pieniądze? Otóż do tego, by kupić jednakowe torebki na prezenty, wstążkę i przygotować karneciki-liściki, które wrzucimy do środka paczek. Na tych karnecikach w kilku słowach napiszemy coś, co choćby w minimalnym stopniu zmotywuje te dzieci do działania, do nauki i do tego, by wyrwać się z dzielnicy. Pieniądze będą potrzebne również na zakup kilku kilogramów cukierków, którymi obdzielić trzeba będzie dzieci, które nie dostaną prezentów (choć mam nadzieję, że do tego w ogóle nie dojdzie). Jeśli pieniędzy po dokonaniu zakupów, o których mowa wyżej, zostanie – resztę wydamy na zabawki i słodycze do kolejnych paczek. Albo na coś innego – jeżeli tylko macie jakieś sugestie.

Pieniądze i rzeczy należy wysyłać tak, by najpóźniej do dnia 3 grudnia znalazły się tam, gdzie trzeba. 4 grudnia wszystkie te rzeczy zbierzemy i urządzimy wielkie sortowanie – pakowanie paczek. Paczki będą robione w dwóch kategoriach: chłopiec i dziewczynka. Jeśli powodzenie akcji będzie duże, będzie można pomyśleć o rozgraniczeniu zabawek w zależności od wieku potencjalnego obdarowanego.

5 grudnia, przed południem, pojedziemy specjalnym zaprzęgiem na dzielnicę. Będzie to Mikołaj i jego świta – gwiazdki, elfy i inne cuda. Wstępnie do orszaku angażujemy się my, kobiety z czekoladziarni, i nasze dzieci. Ale wszyscy inni chętni są bardzo mile widziani. O przyjeździe Mikołaja na dzielnicę zawiadomimy dwa dni wcześniej poprzez rozwieszenie plakatów w sklepach spożywczych. Zaprzęg wyląduje na placu po zburzonych kamienicach na rogu ulicy X i X co mamy rozdać i zmykamy. Sam zaprzęg być może uda się zrobić w pełni profesjonalnie (obcięty na kabrio stary fiat 126 p. z domontowanymi reniferami) albo amatorsko – zwykłym samochodem. Wszystko jest jeszcze do dogrania i ustalenia.

No, to by było na tyle kwestii wstępnych. Każdy kto chce wziąć udział w akcji musi skontaktować się na mail: chmurka.z.marzeniami@o2.pl w temacie wiadomości wpisując “mikołaj na dzielnicy”, albo coś podobnego, tak, żeby było wiadomo, że to nie kolejny mail z toną reklam. Poprzez ten adres będziemy podawać numer konta i adres, na który należy wysyłać paczki. Każda wysłana kwota będzie odnotowywana na blogu poprzez wskazanie – kto i ile (chyba, że wpłacający chce ukryć się pod jakimś pseudonimem). Podobnie będzie się działo z danymi dotyczącymi paczek. Zamieszczanie na bieżąco tych informacji pozwoli na jawność i przejrzystość całej akcji.

Osoby, które wezmą udział w akcji dostaną specjalny elektroniczny znaczek i będą mogły się nim posługiwać zamieszczając go na swoim blogu, albo gdzie tylko będą miały na to ochotę (-; Znaczek autorstwa Natki będzie naszą formą podziękowania za udział w akcji. Poza tym, wszyscy chętni mogą w dzień akcji zjawić się na placu. Jeśli będzie nas dużo, to może uda nam się na miejscu wymyśleć coś fajnego dodatkowego.

Zdjęcia z akcji, a może nawet film – jeśli wmiesza się w to ktoś, kto umiałby go nagrać i wrzucić, znajdą się oczywiście na tym blogu. Będzie więc wiadomo, że to nie jakaś ściema.

Na koniec pozostaje mi prosić bardzo, bardzo serdecznie o wzięcie udziału w akcji. Mam nadzieję, że będzie dobrze, że wszystko się uda i zdziałamy coś dobrego. Oczywiście, można powiedzieć, że świata się tym nie zbawi, że prezenty będą nietrafione, że ktoś poczuje się rozczarowany... Ale wierzę, ba, wierzymy, że to będzie coś fajnego. Bo gdyby do mnie przybył ktoś, kto bezinteresownie mnie czymś obdaruje w tak wyczekiwanym przez dzieci dniu jak mikołajki, i w dodatku zrobi to niezależnie od sytuacji domowej i rodzinnej, to byłabym naprawdę zadowolona. Druga rzecz jest zaś taka, że może z czasem, gdy obdarowane dziecko zorientuje się, że prezent nie przybył z gwiazd, tylko, że darowali go ludzie, zastanowi się, czy i ono nie mogłoby/ nie chciałoby zrobić czegoś bezinteresownie dla drugiego człowieka.

Zatem – bardzo prosimy o hojność i włączenie się do zabawy. Wszystkie pomysły, sugestie, rady – oczekiwane. Aaa, i jeszcze prosimy, żeby temat nadawać gdzie się da. Bo a nuż kolega kolegi szwagra teścia cioci brat ma kumpla, który prowadzi hurtownię z zabawkami albo słodyczami. A wszyscy ci po drodze - też mają ochotę coś dać...?

P.S. - Babcia Psuja mówi, że pomoże (-:


2009-09-10 Włoszka
Drzwi zakładu zaskrzypiały. Do lady podeszła młoda kobieta. Krok zdecydowany, pod pachą teczka z jakimiś papierami. Uśmiechnęła się życzliwie i spytała, czy mogłaby wyrobić pieczątkę. Rzemieślnik pokiwał głową z sympatią i przygotował mały notesik, w którym wpisywał szczegóły zamówień. Kobieta odgarnęła wdzięcznym ruchem długie blond włosy i podała dane do stempla. Kształt i rozmiar czcionki, rozmieszczenie słów, kolor tuszu. Na koniec zapytała o cenę i czas oczekiwania. Ucieszyła się, że rzecz da się zrobić tak szybko i tanio. Mężczyzna był zadowolony zadowoleniem klientki. Na odchodne dziewczyna posłała mu ciepły, serdeczny uśmiech. Gdy tylko wyszła z zakładu zadzwoniła do kogoś. Widział ją przez wystawową witrynę. Śmiała się do słuchawki telefonu.

Tego samego dnia po południu miała zjeść darmową pizzę. Pierwszą i zarazem jedną z bardzo wielu. Żeby dostać taki gratis wystarczyło okazać się kartą stałego klienta, ostemplowaną w dziewięciu małych kwadracikach pieczątką - “Pizzeria Italiana, tel. 150112321”.

Inwestycja się opłaciła.
2009-08-23 na smutki...
2009-08-10 P I L N E !!!

PROSZĘ WSZYSTKICH "KAROLINKOWICZÓW" O POTWIERDZENIE PRZYJAZDU W DNIACH 5/6 WRZEŚNIA, Z ZAZNACZENIEM CZY W GRĘ WCHODZI OPCJA NOCLEG.  

2009-07-12 sędzia dred (-;
dredy sobie zrobiłam... a co mi tam... raz się żyje... latka lecą...


autorem zdjęcia jest Pan Listonosz, mąż Natki Szczerbatki (-;

Liczydło
do buduaru zajrzało:
 
9732
naplotkowało:
 
578
sztambuch:
 
0
Archiwum
Rok 2012
Styczen
Rok 2011
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2010
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2009
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2008
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień


      chcesz wrócić na zieloną kanapę? kliknij



 





Zobacz serwisy INTERIA.PL